Przejdź do głównej zawartości

Przekaż 1,5%

Osoba siedzi w pokoju trzymając laptop na kolanach.
Czas czytania: 7 min

Pasja, która dodaje skrzydeł

Prawdziwe historie

Chcemy posłuchać Waszych historii!

Co dwa miesiące będziemy publikować Wasze historie. Będzie działało to tak, że zaproponujemy Wam temat, a wybrane opowieści zostaną opublikowane w Biuletynie.

W kwietniu chcemy usłyszeć o Waszych pasjach. Możesz opowiedzieć, skąd wzięła się Twoja pasja, jak wpływa na Twoje życie i co Ci daje na co dzień. Czy pomaga Ci w trudnych chwilach? Czy dzięki niej poznajesz ludzi, rozwijasz się albo przełamujesz bariery?

Podziel się swoją pasją, wysyłając maila na adres: [email protected].

Wiatr i Woda [Staszek Żukowski]

Żeglarstwo przyszło do mnie trochę później, jak odkrycie nowego świata, który istniał obok wszystkich moich wcześniejszych pasji. Po powietrzu, po niebie, po adrenaliny skokach i górskich wyprawach, woda stała się kolejnym żywiołem, w którym mogłem odnaleźć siebie.

Pierwszy kontakt z Mazurami był jak wejście do innego wymiaru. Jeziora, których powierzchnia odbijała niebo, wyspy porośnięte lasami, wiatr muskający twarz – wszystko wydawało się zaproszeniem do przygody. Stąpałem po pokładzie jachtu, czując każdy ruch fal pod stopami, każdy podmuch wiatru w żaglach. Wszystko, co wcześniej wydawało się trudnością – choroba, ograniczenia mięśni i stawów – stawało się wyzwaniem, które można było oswoić.

Podczas pierwszych dni żeglowania każdy ruch był nauką. Naciąganie żagli, ustawianie kursu, czujność na zmieniający się wiatr – wszystko wymagało precyzji, koncentracji i zrozumienia rytmu wody. Nie chodziło tylko o technikę. Chodziło o wyczucie, intuicję, o zaufanie do natury i samego siebie.

W tych momentach na wodzie czułem prawdziwą wolność. Wiatr był moim przewodnikiem, a woda – lustrem mojej determinacji. Każdy skręt, każdy manewr dawał poczucie kontroli, której czasem brakowało w codziennym życiu z chorobą. Każda fala, którą ujarzmiałem, była dowodem, że mogę stawiać czoła przeciwnościom – nie tylko tym fizycznym, ale także tym mentalnym. Po kilku dniach intensywnej nauki i praktyki nadszedł moment, w którym poczułem, że żeglarstwo stało się moją pasją. Rok później posiadałem już patent żeglarza jachtowego. Mazury stały się moim miejscem corocznych wypraw, gdzie łapanie wiatru w żagle było nie tylko sportem, ale rytuałem, sposobem na oderwanie się od codzienności i choroby.

Żeglarstwo nauczyło mnie odnajdowania równowagi i wsłuchiwania w głąb siebie. Nie da się oszukać wiatru ani wody. Każda wyprawa wymagała planowania, analizy warunków, przewidywania zmian pogody. Każdy błąd mógł kosztować bezpieczeństwo i komfort. Ale im więcej uczyłem się o wodzie i wietrze, tym bardziej rozumiałem, że to jest właśnie to, czego szukałem – balans między wyzwaniem a harmonią, między wysiłkiem a radością.

Czas spędzony na jachcie pozwalał mi również spojrzeć z refleksją nad własnym życiem. Stojąc na pokładzie, czując wiatr we włosach i słońce na twarzy, rozumiałem, że to, co wydawało się ograniczeniem, jest tylko częścią mojej historii, a nie przeszkodą w życiu pełnym przygód. Każdy rejs, każdy zwrot, każdy sukces w opanowaniu żagli był symbolem siły ducha, który nie poddaje się nawet w obliczu przewlekłej choroby.

Dla mnie żeglarstwo to coś więcej niż sport. To lekcja życia, przypomnienie, że wolność i radość są możliwe nawet wtedy, gdy ciało stawia granice. To dowód na to, że pasja potrafi przynieść niesamowite doświadczenia, pozwala czuć się pełnym, niezależnym i żywym.

Woda, wiatr, żagle – wszystkie te elementy stały się częścią mojej autobiografii, kolejnym żywiołem, w którym mogę wygrywać swoje codzienne bitwy z chorobą, ograniczeniami i lękiem. Każda podróż po jeziorze, każda przygoda na Mazurach przypomina mi, że życie można smakować pełnymi garściami, jeśli tylko ma się odwagę sięgnąć po marzenia.

Działalność społeczna [Edyta Banasiewicz]

Choruję na zanik mięśni i na co dzień poruszam się wyłącznie przy pomocy wózka elektrycznego. Momentem przełomowym był rok 2008, kiedy otrzymałam swój pierwszy wózek. To wtedy po raz pierwszy tak wyraźnie zobaczyłam, jak wiele barier – zarówno architektonicznych, jak i społecznych – istnieje w moim najbliższym otoczeniu.

Moje miasto, Piaseczno, okazało się miejscem pełnym przeszkód: niedostosowane chodniki, brak podjazdów, ograniczony transport publiczny.

Zamiast się poddać, postanowiłam działać. Tak narodziła się inicjatywa „Piaseczno bez barier”.

Zaczęłam organizować spotkania z władzami lokalnymi, pisać artykuły i rozmawiać o potrzebie likwidacji barier. Zależało mi nie tylko na zwróceniu uwagi na problem, ale przede wszystkim na realnych zmianach.

W ramach tej akcji zorganizowałam m.in. „surwiwal na wózku”, który pokazywał, jak wygląda codzienność osób z niepełnosprawnościami – szczególnie w kontekście braku dostępnego transportu publicznego na liniach podmiejskich. Jego uczestnicy na wózkach musieli pokonać 4 km do najbliższej miejscowości podmiejskiej. Nagrodą był piknik integracyjny, podczas którego na uczestników czekało wiele atrakcji.

Jednym z ważniejszych projektów była także „Gra na 4 koła” – miejska gra terenowa i wydarzenie integracyjne. Jej celem było pokazanie miasta z perspektywy osoby poruszającej się na wózku oraz integracja różnych środowisk: mieszkańców, władz lokalnych, organizacji społecznych i osób z niepełnosprawnościami. Uczestnicy – często po raz pierwszy – mieli okazję pokonać wyznaczone trasy na wózkach i odwiedzać instytucje publiczne, oceniając ich dostępność. Dzięki temu mogli na własnej skórze doświadczyć barier, które na co dzień są niewidoczne dla wielu osób.

Gra angażowała również dzieci, młodzież, wolontariuszy i media, a jej ważnym elementem było przyznawanie wyróżnień miejscom przyjaznym osobom z niepełnosprawnościami. Z czasem inicjatywa ta stała się przestrzenią dialogu i realnej zmiany, a jej głównym celem – integracja społeczna i budowanie świadomości – był szeroko doceniany.

Zaangażowanie społeczne z czasem stało się moją pasją. Co więcej – pomogło mi odnaleźć siebie na nowo. Dzięki tym działaniom rozwinęłam swoje umiejętności, zaczęłam realizować się w projektach graficznych, a także nabrałam odwagi w poszukiwaniu pracy i nowych możliwości.

Działalność społeczna daje mi siłę – szczególnie w trudnych chwilach. Pozwala mi czuć, że mam realny wpływ na otaczającą rzeczywistość. Dzięki niej poznaję ludzi, uczę się, przełamuję własne bariery i stale się rozwijam.

Dziś wiem, że to właśnie z ograniczeń zrodziła się moja największa siła. To, co kiedyś było przeszkodą, stało się początkiem drogi pełnej sensu i działania.

Słowa silniejsze niż bariery: Moja droga do książki „Utkany z marzeń” [Karolina Konopa]

Moja przygoda z pisarstwem nie zaczęła się od wielkich planów wydawniczych, lecz od potrzeby serca. Wszystko zaczęło się od bloga, który prowadzę do dziś. Początkowo była to dla mnie przede wszystkim forma autoterapii – bezpieczna przystań, w której mogłam oswajać codzienność, nazywać emocje i porządkować myśli. Z czasem jednak to, co intymne, zaczęło rezonować z innymi. Dziś mój blog stał się przestrzenią znacznie szerzej rozpowszechnioną. To już nie tylko mój prywatny dziennik, ale miejsce spotkania z ludźmi, platforma wymiany doświadczeń i dowód na to, że słowo ma moc budowania wspólnoty. To właśnie ta rosnąca społeczność i Wasza energia dały mi odwagę, by pójść o krok dalej.

Pisanie jako brama do wolności

Życie z mózgowym porażeniem dziecięcym stawia przede mną codzienne wyzwania, ale to właśnie pasja do pisania stała się narzędziem, które pozwala mi je skutecznie przekraczać. Kiedy tworzę, bariery fizyczne schodzą na dalszy plan. Moja wyobraźnia nie zna ograniczeń, a klawiatura pozwala mi w pełni wyrazić to, kim jestem.

Przez lata blog był moim powiernikiem, ale w głębi duszy zawsze tliło się jedno wielkie marzenie: wydanie własnej książki. To pragnienie towarzyszyło mi od zawsze, czekając na odpowiedni moment, by móc wreszcie „ubrać się” w formę, która zostanie z czytelnikiem na dłużej.

„Utkany z marzeń” – o przełamywaniu barier

Dziś to marzenie staje się rzeczywistością. Pracuję nad książką pod tytułem „Utkany z marzeń”. Ten tytuł najlepiej oddaje proces jej powstawania – to mozolne, ale piękne splatanie moich myśli, doświadczeń i nadziei w jedną, spójną historię.

Głównym motywem książki jest przełamywanie barier. Chcę w niej pokazać, że diagnoza nigdy nie powinna być końcem opowieści, a jedynie jednym z jej rozdziałów. Moja książka to głos sprzeciwu wobec ograniczeń – zarówno tych architektonicznych i społecznych, jak i tych, które sami stawiamy w swoich głowach. „Utkany z marzeń” to opowieść o sile ducha, o tym, że każdy z nas ma prawo do marzeń i ich realizacji, bez względu na to, z jakiego punktu startuje.

Zaproszenie do wspólnej podróży

Wyjście z moją twórczością do szerszej przestrzeni publicznej to dla mnie akt odwagi, ale i poczucie misji. Wierzę, że dzielenie się swoją historią może stać się iskrą dla innych.

Pisząc tę książkę, czuję, że realizuję swoje najważniejsze życiowe zadanie. Mam nadzieję, że czytelnicy miesięcznika, śledząc moją drogę od blogerki do autorki, odnajdą w niej inspirację do walki o własne marzenia. Bo życie, mimo wszystkich trudności, można i warto utkać z tego, co w nas najpiękniejsze.

Ten artykuł jest dostępny w Biuletynie „Widzialni z Fundacją Avalon” w którym znajdziesz wiele ciekawych artykułów i informacji. Zapraszamy do pobrania i przeczytania majowego numeru!


państwowy fundusz rehabilitacji osób niepełnosprawnych

Biuletyn „Widzialni z Fundacją Avalon” powstaje dzięki dofinansowaniu
Państwowego Funduszu Osób Niepełnosprawnych PFRON

Powiązane artykuły